czyli moje subiektywne Trójmiasto z przyległościami bliższymi i dalszymi
poniedziałek, 22 lutego 2016

Zapraszam na :

http://www.ewa-tours.pl/news/131

sobota, 14 września 2013

Tak jakoś rzuciło mi się w oczy ogłoszenie bydgoskiego muzeum, że otóż poszukuje się kandydata do pracy na stanowisko do spraw promocji.

I stanęła mi przed oczyma natychmiast przyjaciółka nasza Kasia, która była owo muzeum wizytowała nie tak dawno, bo w miesiącu lipcu roku bieżącego. Opowieść jej o tym wydarzeniu godna jest przytoczenia, jakkolwiek dużo smaczków wyleciało już z mej dziurawej pamięci, a jeszcze nie nabrałam nawyku uruchamiania dyktafonu przy rozmowach (a szkoda).

Kasia będąc w miastach różnych ma dziwny zwyczaj zwiedzania. Tak więc podczas krótkiego pobytu w Bydgoszczy udała się do tamtejszego muzeum, a konkretnie na Wyspę Młyńską, gdyż ponieważ twórczość Leona Wyczółkowskiego bliska jej jest i chciała sobie na jego obrazki popatrzeć.

Przestąpiwszy próg  przybytku doznała szoku, gdyż oprócz niej w muzeum znajdowała się jedynie pani przy kasie. Która, mimo że zdenerwowała się z letka, że któś jej przeszkadza w pracy,  sprzedała Kasi bilet za 5 złotych. I wróciła do swych zajęć, ale przedtem prawdopodobnie wcisnęła tajny guzik pod biurkiem, albowiem nagle pojawił się obok Kasi uzbrojony, odziany na czarno mężczyzna typu ninja bez kominiarki. I przez cały czas towarzyszył Kasi zachowując odległość  jednego kroku za nią. Nie była to odległość wystarczająca, żeby nie wyczuć, że ów komandos dba o zdrowie, a mianowicie preferuje naturalny antybiotyk zawarty w czosnku.

Nasza przyjaciółka nie należy do osób, które są w stanie powiedzieć „Odsuń się pan, please”, więc  zwalczyła w sobie poczucie naruszania jej przestrzeni osobistej i przystąpiła do oglądu.

Prezentacja zbiorów  jest zaiste innowacyjna. Obrazy nie są podpisane, natomiast na środku każdej sali znajduje się ofoliowana karta z opisaniem typu „trzeci obraz po lewej stronie od wejścia -  XYZ”.

Kasia z samozaparciem oglądała malowidło, wracała do karty, ustalała położenie od wejścia, liczyła kolejność i podziwiała następne dzieło, trochę rozpraszana stukiem podkutych glanów i zapachem czosnku krok za sobą.  Jak mówi, nie mogła jakoś obudzić w sobie radości z obcowania ze Sztuką, kolejne sale zaliczała coraz szybciej i po pól godzinie  była już przy drzwiach, mówiąc grzecznie „Do widzenia”. Na co ninja, którego Kasia zdążyła już zaklasyfikować jako niemego, odezwał się: „Szybko to pani poszło.”

Po tej opowieści z głębokim uczuciem stanęłam przed ścianą w mym przedpokoju, gdzie wiszą kopie „Dębów rogalińskich” Wyczółkowskiego, które to dęby znam od zawsze, jako że wisiały u mojej Babci i były pierwszym w moim życiu dziełem sztuki. I nie wiem, czy bym je tak lubiła, gdybym je pierwszy raz zobaczyła w bydgoskim muzeum.


Aczkolwiek polecam to zwiedzanie osobom przygotowującym się do biegów na orientację jak i tym, którzy przygotowują się do posiadania ochrony osobistej w postaci bodyguarda.

Należy w tym celu pojechać do Bydgoszczy jak najszybciej, gdyż,  jak wspomniałam na początku, muzeum zatrudni kogoś do spraw promocji i cała ta atmosfera może zniknąć jak sen złoty…

czwartek, 05 września 2013


Wstydzę się.

Gdynia – moje miasto, w centrum fantastycznie letnio-rozrywkowo-kulturalna, zapraszająca na leżaki przed infoboxem, na „design” przy bulwarze, czarująca trawnikowym hobbitonem na Skwerku, jest z tych gospodyń, co to salon wysprzątany mają, ale po kątach brud i rupiecie. 

Czekam na turystów na Dworcu Morskim –właśnie przypłynęła Costa Pacifica.  Większość pasażerów za chwilę zapakuje się do autokarów, pojadą oglądać Malbork, Gdańsk, Kaszuby, ale całkiem spora część zdecydowała się na indywidualne zwiedzanie.  Wysypują się więc sznureczkiem przed nasza pokazową modernę, a tu…. ZONG, proszę Państwa!

I nie chodzi mi tu wcale o totalnie rozkopane przedpole, malownicze sterty surowców wtórnych czy rzęsisty deszcz.  Tego się chwilowo zmienić nie da. Aczkolwiek uroku nie dodaje.

Skandalem natomiast  jest to, że gość chcący udać się do centrum nie ma gdzie wymienić swoich euro, żeby kupić bilet autobusowy.  Jak już przez wykopy dotelepie się do stojących na horyzoncie dwóch autobusów miejskich, to nie wie, do którego z nich wsiąść, żeby do tego centrum dojechać.  Tubylcy  (panowie w budce przepustowej, kierowcy autobusów) władają jedynie językiem ojczystym.  Toalety? – brak, przecież dworzec w remoncie.

Turyści - indywidualiści  zaprezentowali trzy typy zachowań:

Typ A – zachowawczy – pokonując kolejne rozkopy udali się do taksówek.

Typ B – adrenalinowcy – wsiedli do autobusów bez biletów.

Typ C – survivalowcy , prawdopodobnie posiadacze kompasu wmontowanego w zegarek lub dżipiesu w komórce – ruszyli na piechotę.

Czy naprawdę byłoby problemem uruchomienie tymczasowego kantoru wymiany walut na miejscu – na parę godzin?

I jakiegoś tymczasowego  ekwiwalentu kiosku? Bo po co turyście karnet na 5 przejazdów?  

Gdzie się podziały lotne punkty IT, które miały pomagać turystom i promować miasto?

 Na miejscu byłam dwadzieścia minut przed umówionym spotkaniem. Spędziłam je pracowicie…

Kolega opowiadał, że parę dni wcześniej, przed przybyciem poprzedniego wycieczkowca, na Francuskim leżała hałda węgla. Węgiel zebrano, ale nabrzeża już nie spłukano. Współczuję kierowcom autokarów, którzy musieli sprzątać potem swoje pojazdy L

Jesteś w Gdyni – uśmiechnij się!


piątek, 29 marca 2013

Trasę Rumia – Dobre Miasto przebywam kilka - kilkanaście razy w roku. Za Gdańskiem – wiadomo –Żuuułaaawyyy. Ciągnąca się płaska przestrzeń, wierzby rosochate, chałupki tu i tam. Nie bardzo jest na czym oko zaczepić (chyba, że się co nieco o Żuławach wie).

A potem Pasłęk  i kręta, dziurawa, wąska droga  nr 513, nad którą dwa szpalery starych, wysokich drzew tworzą  naturalne sklepienie , ciągnące się gdzieś w nieskończoność, inne o każdej porze dnia, o każdej porze roku. Niezwykła gra światłocieni i liści. Sacrum nad profanum.

Warto zachować to w pamięci, bo alei  już nie ma. Na 513 trwa rzeź. 34 kilometry sterczących pni, walających się gałęzi, gdzieniegdzie jeszcze pojedyncze, skazane już na ścięcie drzewa, które przetrwały dwie wojny światowe, ale nie obroniły się przed cywilizacją szybkich samochodów i ich właścicieli, chcących dotrzeć jak najszybciej gdzieś tam. 

          


Bezradnie i w milczeniu – bo co tu można powiedzieć, oprócz słów bardzo niecenzuralnych – dojechaliśmy do Ornety. 

To miasteczko pobudza moją wyobraźnię. Jeszcze dziś można zobaczyć  średniowieczny układ miasta,  wytyczone na początku XIV wieku ulice, parcele przy rynku, półparcele w kolejnym kręgu. Posiadacz całej parceli otrzymywał jedną włókę ziemi ornej, półparceli – pól włóki. Budnicy (to ci od bud na skraju miasta) dostawali po kilka morgów.

Organizował to wszystko niejaki Wilhelm, zasadźca i sołtys Ornety,  gość niezwykle przedsiębiorczy. Założył  Ornetę i Lubomino, co wiązało się z namówieniem i sprowadzeniem osadników (zarówno rolników, jak i rzemieślników) z dalekich stron, organizacją osady, przydziałem powinności,  ściąganiem podatków, sądownictwem, składaniem sprawozdań biskupowi, itp., itd.  Biorąc pod uwagę stan ówczesnych dróg (o ile były), brak komórek, Internetu, pojazdów mechanicznych, było to przedsięwzięcie potężne, trwające lata, jeśli nie dziesięciolecia. Wilhelm jednak, gdy tylko obie osady zaczęły funkcjonować, zabrał się za zakładanie Dobrego Miasta – osadnicy, plany, nadziały, podatki,  sądy, sprawozdania… Kasy miał z tego sporo – po 6 włók ziemi ornej  w każdej osadzie, wolnych od podatku, procent od  czynszów i kar sądowych, młyn, karczmę i inne przywileje. Zapewne dzierżawił swoje grunty, karczmę, młyny, nie wyobrażam sobie, żeby nadążył jeszcze siać, orać i mleć. Jego potomstwo chyba nie było już takie obrotne, dziedziczne sołectwo odsprzedali mieszczanom orneckim.

Niewiele wiem o Wilhelmie, ale go lubię, bo lubię jego 3 miejscowości. Tak sobie myślę – w miastach i miasteczkach pojawiają się sympatyczne rzeźby postaci z nimi związanych – Gdynia ma Antoniego Suchanka na ławeczce przy molo i staruszków Scheibe na Placu Kaszubskim, Wrzeszcz – Oskarka, Kraków – Piotra  Skrzyneckiego. Czy Wilhelm nie zasłużył sobie na pamięć mieszkańców? Mógłby sobie siedząc na ławeczce patrzeć, jak toczy się życie w osadach, którym dał początek.

piątek, 15 marca 2013

Dziś będzie o jednej z rzeczy, które mnie wnerwiają w Gdyni mieście moim ukochanym z turystycznego punktu widzenia.

Wyobraźmy sobie  grupę turystów, przyjeżdżających do  3city. I ci turyści nie chcą za bardzo oglądać Gdańska. Ani Oliwy. Ani nawet Sopotu. Oni chcą zwiedzać Gdynię. 

Stulecia od XIII do XIX wiszą im i powiewają, rozkochani są w wieku XX, czytali Fleszarową-Muskat (panie), Strumph-Wojtkiewicza i  Pertka  (panowie), Borhardta (wszyscy), osobiście przeżywali lata 70-te i 80-te. Skwer Kościuszki i „Błyskawicę” już kiedyś widzieli, teraz chcą na własne oczy ujrzeć, skąd odpływał Gombrowicz do Argentyny, gdzie walczyli chłopaki z II. MPS-u, zapalić znicz pułkownikowi Dąbkowi, stanąć w miejscu, gdzie Janek Wiśniewski padł.

Otóż proszę Państwa, takie grupy się zdarzają. Autokar, 3 godziny do dyspozycji i wydawałoby się, że  rzecz jest do zrobienia. Przy czym tu właśnie zaczynają się schody, wkurzające mnie niezmiernie i  niezmiennie w Gdyni mieście moim ukochanym. 

Zaparkowanie autokaru przy Dworcu  Morskim wymaga ekwilibrystyki kwalifikowanej, parking jest, ale tylko dla samochodów osobowych. Przy odrobinie szczęścia można  znaleźć kawałek miejsca przy pomniku. Oczywiście poza sezonem li i jedynie. Chyba że tak jak teraz cały plac jest totalnie rozpirzony, to już sorry, proszę wycieczki.


Przy Pomniku Ofiar Grudnia ’70 (ul. Janka Wiśniewskiego) na zaparkowanie autokaru nie ma żadnych szans.  Wprawdzie tuż obok znajduje się parking „0” firmy transportowej, ale pomiędzy stacjonujące tam TIR-y nawet roweru się nie wciśnie. A chciałoby się przejść na kładkę, pokazać  - tu stali, tu wysiadali, stąd strzelali, tam uciekali… A zresztą, może to  i dobrze, że nie wysiądziemy, przynajmniej nasi turyści nie zobaczą  reklamy gumy do żucia szczerzącej się radośnie kilka metrów od pomnika. Hellou, magistracie, bywacie tu czasami?


Przy cmentarzu Obrońców Wybrzeża  nasz pojazd też nie ma szans na zaparkowanie.   Znicze poczekają na inną okazję.  Na przykład na Westerplatte.

Nawrotka przed Sopotem  i  - O cudzie! O radości! - przy pomniku II. MPS jest parking, na którym zmieści się nasz autokar. Oczywiście pod warunkiem, że pogoda nie dopisuje, w przeciwnym razie zasamochodowiony jest dokładnie. Wtedy można umówić się z kierowcą, że podjedzie na dziedziniec kolibkowskiego dworu, a my  podejdziemy spacerkiem do miejsca, gdzie Witołd Kukowski podejmował generała Hallera…


Gdynia jest niezwykła bardzo. Niespełna dziewięćdziesięcioletnia  historia miasta jest bogatsza w  wydarzenia  od kilkusetletnich dziejów wielu innych miejscowości .

Gdynia jest inna od Gdańska czy Sopotu.

W gdańskiej ciasnej przestrzeni  między Okopową, Bramą Żuławską, ECS, Górą Gradową wytyczyć można setki  szlaków.  Autokar niepotrzebny.

Gdynia szafuje przestrzenią. Wydarzenia powiązane ze sobą działy się w miejscach odległych niejednokrotnie  o wiele kilometrów. Żeby je pokazać turystom, przy limicie czasowym, niezbędny jest środek transportu – autokar. 

Którego !!!(tu garść słów uważanych powszechnie za niecenzuralne) Nie ma!!! Gdzie!!! Zaparkować!!!

I  jeśli to się nie zmieni, to cała Polska dalej będzie myślała, że w Gdyni do obejrzenia to są ewentualnie:  Akwarium, Błyskawica i Dar Pomorza  (bo przy nich jest parking).

Ale włodarzom miasta  nie spędza to raczej snu z oczu. Tylko mnie wkurza niemożebnie.

czwartek, 21 lutego 2013

Muzea bywają różne. Są porządne, jak na ten przykład Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Gablotki, podpisy, zachować ciszę, po jednej pani w każdej sali (NIE DOTYKAĆ!).Od czasu, kiedy dziecięciem byłam (nie da się ukryć, że dawno), zmieniły się tylko obyczaje kapciowe. Wtedy nakładało się na buty filcowe kapciochy  i można było przemieszczać się od gabloty do gabloty ślizgiem łyżwowym (dzięki temu podłogi w muzeach mej młodości świeciły blaskiem gdzie indziej niespotykanym).  Są też muzea nieporządne, jak dworek w Sikorzynie, gdzie gablotek brak, wszystko wygląda, jak gdyby mieszkańcy przed chwilą opuścili pomieszczenie – otwarta książka, odłożona robótka na drutach, zabawki na podłodze… Jako że z natury swojej jestem nieporządna (mogą poświadczyć ci, co u mnie bywają),  drugi typ muzeów odpowiada mi jak najbardziej.

To było tytułem wstępu, teraz będzie ad rem.

W ramach dokształtu odwiedziłam ostatnio dwa muzea.  Świeżynki, na gwarancji jeszcze. Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni mieście moim ukochanym (otwarte w listopadzie 2012) , oraz Ośrodek Kultury Morskiej przy CMM w Gdańsku, które to miasto tez obdarzam uczuciem (otwarty w maju 2012).

W MMW muszę pochwalić toalety. I lśniące posadzki, mimo braku kapci dla zwiedzających. Jest też sala kinowa bardzo piękna, ale nie planuje się wyświetlania filmów dla zwiedzających. Chyba że grupa zorganizowana zamówi wcześniej, to może obejrzeć film. Film jest o tym, jak powstawało MMW.  Innych się nie przewiduje.  Jak ktoś ma zapotrzebowanie, to może sobie historię „Orła” , „Gromu” czy też „Błyskawicy” obejrzeć przecież na jutubie. 

W MMW występują:

-  plansze (etapy powstawania Muzeum, Osoby dla Muzeum Zasłużone),

-  gabloty z opisami (np. ordery i odznaczenia) ,

- obrazy o treści marynistycznej (n.p.: Mokwy Mariana, Suchanka Antoniego – rozczulił mnie do łez ten wojskowy styl zapisu nazwisk),

- modele okrętów dawnych i mniej dawnych.

(Nie wspominam tu o ekspozycji plenerowej, jako że ta istnieje od prawie 40 lat i do świeżynek  jej nie zaliczam.)

 


Nudą wieje na kilometr. Może ja inteligentna inaczej jestem, ale nijak koncepcji jakowejś dopatrzeć się nie mogłam.

W następstwie powyżej opisanego z pewną taką nieśmiałością jechałam do Gdańska, obawiając się, że kolejne tego typu przeżycie może stłamsić na długo mój wrodzony optymizm i wiarę w ludzi.

Się bałam niepotrzebnie. Bo OKM naprawdę fajny jest, z czystym sumieniem mogę polecić.  Sala interaktywna wciąga wszystkich, od maluchów po emerytów. Rusza się, błyska, gra i świeci, wszystkiego można dotknąć, wszędzie wejść (no, może poza basenem). Godzina zabawy mija jak z bicza strzelił.

Cudeńka na następnej kondygnacji biją na głowę wszystko – ekspozycja  „Łodzie ludów świata” jest niesamowita. Zarówno same łodzie (autentyki zwiezione z całego świata) jak i ich historie  warte są  spędzenia tu wielu godzin.

Wystawa  „Tajemnice archeologii podwodnej” też ciekawa (chociaż moim zdaniem „Miedziowiec” był na Ołowiance znacznie lepiej wyeksponowany).  A juz patent ze zwodzonymi schodami, żeby stworzyć  szyb do wciągania  eksponatów na górę, powalił mnie na kolana.

Tym razem 1:0 dla Gdańska.

piątek, 28 grudnia 2012

Jestem uzależniona. Nie będę pisać o wszystkich nałogach, jakie mną rządzą, uzależniam się błyskawicznie. Pierwszy raz uzależniłam się jako dziecię niewinne w chwili, kiedy pokazano mi litery „a” oraz „l” i utworzone z nich słowo „Ala”.  Wciągnęło mnie piorunem, po dwóch tygodniach elementarz miałam już za sobą i zabrałam się za „W pustyni i w puszczy”.  Tak dostałam się w szpony pierwszego mojego nałogu.

Czytam przy jedzeniu, w SKM-ce, w wannie, w łóżku, stojąc w kolejce do kasy, WSZĘDZIE.  Wielokrotnie cierpiałam męki  odstawienia, skazana na zostawianie aktualnego czytadła w domu,  gdyż ponieważ 750 stron w oprawie twardej nie mieściło mi się w wypchanym kilogramami papierzysk plecaczku. Które to papierzyska nieodłączne w robocie mojej  są. Ale od kiedy mam mój płaściuśki, leciuśki czytniczek e-buczków,  problem przestał istnieć.

Tak mi się przynajmniej wydawało.  Do Wigilii.

Byłam grzeczna niemożebnie cały rok , co prezenty pod choinką  potwierdziły. A wśród nich oczywiście wymarzona „Encyklopedia Gdańska”.

To nie jest zwykła encyklopedia, do której sięga się dla sprawdzenia hasła. To taka „Gra w klasy”, gdzie wybrane hasło odsyła do innego, to do jeszcze innego… Ludzie, miejsca, wydarzenia – wciąga niesamowicie.

Szczęście i przekleństwo.

1088 stron. Twarda oprawa. 22 x 29 cm. 3,2 kg.

Jak to czytać??? !!!

W fotelu – do 15 minut, potem ręce mdleją. W łóżku – mowy nie ma, chyba że pół roku na siłkę pochodzę dla wyrobienia bicepsów i nadgarstków.  Jedyna możliwa opcja – książka na stole, ja na krześle, czego nienawidzę!

Tak więc pozostaję w smutku pogrążona, dopóki się wersja elektroniczna nie ukaże.

Dobranoc Państwu.

środa, 19 grudnia 2012

Od lat niemal codziennie skracam sobie drogę przez  podwórka, na których królują  graffiti CHWDP oraz „Bóg wybacza – Arka nigdy”.

Gdyński Trójkąt Bermudzki . 

Teren między ulicami  Opata Hackiego  , Dantyszka   i Zamenhoffa.

Teraz będzie dygresja na temat  wyżej wymienionych:

- Michał Antoni Hacki, opat oliwski, poliglota ( znał  7 języków!),  mecenas sztuki, teolog i poeta, szpieg i znakomity łamacz szyfrów na usługach Jana III Sobieskiego;

- Jan Dantyszek, Johannes  Dantiscus  (nota bene sam sobie nadał to nazwisko, miał jeszcze parę innych ksywek)  ojciec dyplomacji polskiej, sekretarz królewski,  biskup warmiński, wielki podróżnik, poeta , ale też bon vivant tamtych czasów;

- Ludwik Zamenhof – lekarz, twórca międzynarodowego języka esperanto.

Patroni sobie, życie sobie. 

Słynny , a właściwie osławiony trójkąt  zajął pierwsze miejsce w  gdyńskim „rankingu” miejsc , gdzie żyje się najtrudniej, gdzie pojawiają się największe problemy społeczne. Badania przeprowadzono na zlecenie Urzędu Miasta w 2007 roku.

Skąd ta nazwa - trójkąt bermudzki, miejsce zdarzeń paranormalnych, zaginięć samolotów, statków i  jachtów ? 

Ponoć na Opata/Zamena  ginęły bez wieści różne dobra materialne większe i mniejsze, można było też stracić zdrowie, jeśli powiedziało się coś niepochlebnego na temat  „Arki”, plotka głosi, że i ludzie znikali bez śladu…

 Moim osobistym zdaniem przyczyniła się do tego SKM.   Nie traficie na ten kawałek Chyloni wysiadając na stacji Gdynia-Chylonia. Został sprytnie  ukryty  miedzy przystankami Gdynia- Grabówek (który to przystanek  umiejscowiony został chytrze w dzielnicy Gdynia Leszczynki) a  Gdynia- Leszczynki (znajdujący się niemal w samym środeczku  dzielnicy Chylonia).

 Jak tylko o tym zaczynam myśleć, umysł mi się zapętla, prawa fizyki przestają działać.  Trójkąt bermudzki!

Cóż - ja nigdy tu nie pobłądziłam, nie spotkało mnie nic przykrego, ot – dzielnia jak dzielnia.  

A nawet jakby szło ku lepszemu, co postanowiłam komórką moją marki „Samsung” udokumentować dla potomności.

Niemiłosiernie brzydkie szczytowe ściany bloków  dostały kolorów – naprawdę fajne, barwne malowidła rozjaśniają szarzyznę.



Genialne w swojej prostocie ławki dla młodzieży, która, jak wiadomo, siada zawsze na oparciu trzymając ubłocone obuwie na  części przeznaczonej zasadniczo do siadania. Tutejsze ławki rozwiązują problem. Przy czym ustawione pod lekkim kątem  do siebie pozwalają zacieśniać kontakty towarzyskie.


Place zabaw funkcjonują już od dłuższego czasu – i nikt ich nie zdemolował.

Właśnie na Zamena stanęły przed miesiącem pierwsze w Gdyni okrutnie kosztowne latarnie solarne. Wprawdzie nie przekonuje mnie informacja Urzędu Miasta, że byłyby tu problemy techniczne z instalacją „normalnych” lamp, w odległości kilkunastu metrów stoją bowiem takowe, ale dobrze, że są – i od miesiąca nikt ich nie zajumał.


Niektóre rachityczne krzaczki zamieniły się już w porządne drzewa ku radości licznej populacji tutejszych psów. Przy okazji zaznaczam, że nie spotkałam tu  żadnego przedstawiciela rasy z uznawanych za niebezpieczne. Chociaż biorąc pod uwagę wielość ras w każdym tutejszym psim egzemplarzu – kto wie?


A między Opata a Mikołaja jest kościółek, którego gotyckie prezbiterium powstało w XIV wieku, a w środku znajduje się najstarszy „ruchomy” zabytek Gdyni – Pieta z I połowy XV wieku.


I całkiem sporo domków z przełomu XIX/XX wieku.


Ludzie rozmawiają ze sobą na ulicy.

Mały świat w dużym mieście.

czwartek, 29 listopada 2012

Są u nas  jeszcze miejsca, gdzie o żadnych wymyślnych espresso, latte macchiatto czy herbatach z dodatkami mowy nie ma. Kawę można zamówić – do wyboru – sypaną albo rozpuszczalną, a  herbatę - z cukrem albo bez.  Ech, żeby tak jeszcze w szklance ze spodeczkiem… - ogarnia mnie lekka nostalgia.

Rozpieszczeni bezwstydnie przez trójmiejskie wymysły zostajemy sprowadzeni  do realu, pijemy ,co podano – ważne, że gorące – i ruszamy dalej na północ.  Krótki postój w Swarzewie – kościółek zamknięty.

 Szkoda, że jest niedziela, bo tutejsza oczyszczalnia ścieków zasługuje na zwiedzanie. Od lat realizuje program „Ryby dla Zatoki” -  w stawach hodowany jest narybek wpuszczany później do Pucyfiku  :). W oczyszczalni  znajdują się też wielkie kompostowniki – oprócz poddawania recyklingowi  osadów organicznych ze ścieków,  zbierane są i przetwarzane na kompost odpadki organiczne od okolicznych mieszkańców. Każdy z mieszkańców biorących udział w akcji otrzymuje bezpłatnie kompost na własne potrzeby, a za  wywóz tych odpadów nie płacą  - a to około 50% wszystkich śmieci, jakie produkuje każde gospodarstwo domowe!  Mają tam jeszcze plantację wierzby, używanej na opał, która podlewają (wierzba, jak wiadomo, wody wymaga dużo) oczyszczonymi ściekami.  Jednym słowem,  warte jest to miejsce zobaczenia.

Następny przystanek – Rozewie.  Parking nieco daleko od latarni morskiej –  dalej zakaz wjazdu, wąska  szutrówka. Nam to nie przeszkadza, ale jak dotrzeć tu z kimś niepełnosprawnym? Albo z autokarową wycieczką niepełnosprawnych?

Oprócz latarni i fantastycznej starej maszynowni udostępnione są do zwiedzania (poza sezonem tylko po wcześniejszym uzgodnieniu) nowe obiekty – piekarnia, wędzarnia  i  stodoła  jako sala wystawowa. 

Całość jak z obrazka – budyneczki i latarnia wychuchane, zadbane, pięknie wkomponowane w porastające klif buki, przechadzające się kogut i kot dodają uroku tej idylli.

Oczywiście robimy tysiąc pięćset zdjęć, po czym dziewczyny dostają ataku głodu czekoladowego, pędzimy do samochodu, gdzie Gosia ma – chyba! - jeszcze jeden (jeden!) batonik. Nerwowe poszukiwania w przepastnej gosinej torbie- jest!  Następuje celebracja podziału batonika (Luis bohatersko rezygnuje ze swojej działki) oraz delektowanie się przydziałem, obiecujemy sobie, że następnym razem będziemy lepiej zaopatrzeni w artykuły pierwszej potrzeby, po czym ruszamy w dalszą drogę.

Gościnny pałac w Krokowej robi na nas ogromne wrażenie.  Jestem nomadką, której pamięć pokoleń nie sięga przed I wojnę światową. Moją rodzinę (tych, co przeżyli) wichry obu wojen rozrzuciły po świecie. Nie zachowały się dokumenty, zapiski, pamiątki. I kiedy jestem w miejscu, które przez ponad  700 lat było gniazdem jednego rodu, zastanawiam się – jak to jest? Czuć za plecami oddech wszystkich przodków, wiedzieć, że ponosi się odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale za honor i dobre imię całego rodu? Mistyka, transcendentna mistyka…

Oglądamy wnętrza, zbiory, obrazy, fotografie, piece, mapy, w końcu trafiamy do zachowanej najstarszej części pałacu – piwnic z kolebkowymi sklepieniami  z XIV bodajże wieku.  A jeszcze park Luizy von Krockow…

Trzeba tu wrócić, powtarzamy jak mantrę, wsiadając do samochodu.

Żarnowiec wygląda jak wymarły – ani jednego człowieka.  Przed kościołem cystersek wysiadamy tylko ja i Justyna – reszta stwierdza, że i tak będzie zamknięte. Dzielnie udajemy się samowtór, naciskamy klamkę drzwi do kruchty – otwarte! Podchodzę do następnych drzwi , naciskam klamkę  z pewną taką nieśmiałością… Tadam!!! Kościół stoi przed nami otworem! Justyna przywołuje resztę towarzystwa, podczas gdy ja już stoję  nad  niemal nieczytelną płytą  nagrobną Fritza von Raveneck, krzyżackiego dowódcy, który zginął pod Żarnowcem w 1462 roku w bitwie, która odmieniła koleje wojny trzynastoletniej.  

Zaczyna się zmierzchać. Jedziemy wzdłuż Jeziora Żarnowieckiego, które mogło zamiast Gdyni stać się pierwszym portem niepodległej Polski, przejeżdżamy przez rzekę Piaśnicę i dawną granicę polsko-niemiecką i docieramy do Nadola – jedynej w dwudziestoleciu międzywojennym polskiej wsi po tej stronie jeziora – tak zdecydowali w plebiscycie jej mieszkańcy. Niektórzy zapłacili za to najwyższą cenę w 1939 roku w Piaśnickich Lasach. 

W latach 80-tych postawiono tu hotelowiec dla budowniczych elektrowni, która nigdy nie powstała, potem służył turystom i dzieciakom przyjeżdżającym  na kolonie, opuszczony i zdewastowany zawalił się w zeszłym roku.

Parkujemy koło skansenu,  sumiennie oglądamy wszystko, co przez płot można obejrzeć, potem  wędrujemy nad jezioro, na molo. Pusto, cicho i pięknie. Latarnie już się palą, dzień się kończy. Pora wracać do domu.

sobota, 24 listopada 2012

Dziś będzie o o e-dziennikowaniu na sposób gdyński, co mnie osobiście dotyczy oraz dotyka, nie da się ukryć.  Najpierw tło historyczne:

Zakład pracy, który pozwala mi na chleb zarobić, wprowadził e-dziennik już kilka lat temu. Jakoś się wdrożyliśmy do nanoszenia wszystkiego i na papier, i w sieć, przy czym to pierwsze wygląda od lat tak: mój osobisty notes, z którego  przenoszę tematy, nieobecności, spóźnienia i oceny do dzienników klas, gdy ich dopadnę na przykład po zakończeniu lekcji (gwoli wyjaśnienia – przy podziale klas na grupy zawsze któryś z nauczycieli nie ma dziennika – na ogół jestem to ja, gdyż woli walki we mnie nie ma).  Się przyzwyczaiłam.

Gdy nastał czas Librusa, doszło do tego nanoszenie wszystkiego w komputer, co w pokoju nauczycielskim początkowo wywoływało niesnaski, jako że komputer był jeden, a ludzi, co chcieli doń wpisywać różne rzeczy, ponad 40, a przerwy trwają 10 minut. Dla sprawiedliwości – jedna jest dwudziestominutowa. Osobą, która pierwsza  po dzwonku wpadała do pokoju, nigdy nie byłam, gdyż z drugiego piętra nawet przy sprincie po głowach schodzących do bufetu uczniów nie mam szans na zdążenie przed tymi, co sale na parterze mają.  Co mnie zresztą nie bolało, bo uzupełnianie e-dziennika, kiedy nad głową kłębią się tłumy dopytujące „Dużo masz jeszcze?”  nie należy do sytuacji komfortowych i wieczorne przenoszenie danych  z osobistego notesu przez osobisty komputer (się nazywa: PC) w osobistym domowym ciepełku szybko weszło mi w krew.

Potem w pokoju nauczycielskim pojawił się drugi komputer, w szkole założono wifi (cokolwiek to znaczy), część  koleżanek i kolegów zaczęła przychodzić z laptopikami swoimi osobistymi i się fajnie kręciło.

Tyle rysu historycznego.


Miasto Gdynia moje ukochane postanowiło, że do kwietnia 2013 wszystkie szkoły będą prowadziły e-dzienniki , co chwalebne w dzisiejszych wirtualnych czasach jest bardzo. Oraz że zapewni nauczycielom odpowiednie warunki do tego, co jest jeszcze bardziej chwalebne. I podpisało umowę z inną niż Librus ( na którym pracowały wszystkie znane mi szkoły)  e-dziennikową firmą, co nic by mi nie robiło, gdyby ten inny dziennik nie był (tu brzydkie słowo) niestety gorszy. Dużo gorszy. Ale może się on poprawi? Przeszliśmy szkolenie oraz testy sprawdzające,  czy umiemy klikać w odpowiednie ikonki i otrzymaliśmy polecenie wdrażania się. Po czym przywieziono nam KOMPUTERY.

A jak, do każdej sali!

 Sprzęt, moim zdaniem, bardzo przyzwoitej jakości.

Stoliki do nich mają być za czas jakiś, chyba trwa na nie przetarg czy cóś takiego. (Mnie nie zależy, bo i tak nie wiem, gdzie ten stolik miałby się zmieścić.) Na razie stoją na naszych biurkach, zajmując 2/3 ich powierzchni.  Sobie radzę, klawiaturę odkładam na parapet, odtwarzacz stawiam na komputerze, notes osobisty  na wolnym skrawku a podręcznik w otwartej szufladzie i gra.

Gorzej, że tego sprzętu wolno używać TYLKO I WYŁĄCZNIE do prowadzenia nowego e-dziennika.

Którego jeszcze nie prowadzimy, gdyż się wdrażamy do niego ciągle jeszcze, a na obecną chwilę mamy Librusa.

Do prezentacji multimedialnych, projektów itp. muszę mieć inny komputer, bo na tym nie wolno nam niczego instalować. Jakbym chciała sobie na przykład po lekcjach, przed lekcjami czy na okienku napisać jakiś teścik dla umordowania uczniów, ściągnąć jakieś e-materiały czy inne nauczycielskie bzdury porobić, to na innym sprzęcie, gdyż umowa zawarta przez Miasto Gdynię moje ukochane w związku z dofinansowaniem zakupu naszych pięknych nowych komputerów nie pozwala na wykorzystanie ich jako komputerów.

Się nie pytam o sens i logikę, już się przyzwyczaiłam. Nawet chłopaki z Monty Pythona  lepiej by tego nie wymyślili. I to na tyle.

 
1 , 2 , 3